Wewnętrzne dziecko

Mam wrażenie, że zabiliśmy w sobie dzieciństwo. Autodestrukcja nastąpiła już w momencie, kiedy pierwszy raz zderzyliśmy się z twardym jak betonowa ściana światem zewnęrznym. W piaskownicy? W przedszkolu? Nie wiem. Każdy miał swój moment. Ja sobie zdałem sprawę z tego, że świat jest pełen złych i nieżyczliwych ludzi już w podstawówce. Dostałem lewy sierpowy od istnienia i bardzo bolało. Z dnia na dzień świat urósł z małego miasteczka i domku na prowincji do rangi czegoś niewyobrażalnego. Bałem się świata. I zamiast walczyć w swoim dziecięcym móżdżku o odwagę i świadomie stawiać czoła wyzwaniom – uciekałem. Bo nie potrafiłem się pogodzić z takim układem. Do tej pory nie umiem. Stąd chyba wszystkie bezsenności, zaburzenia depresyjne, kłopoty z odnalezieniem życiowej drogi, zbyt wolny duch i próba odkrywania i bycia sobą jak najbardziej się da.

Ale to nic. Bo uciekać – to była moja dewiza. Ucieczka była idealnym rozwiązaniem. Zamiast stawać do walki to chować się w siebie. W świat książek, komiksów, gier. Przeżywać w głowie przygody, tworzyć swoje idealne niezwykłe światy, wchodzić w książkowych bohaterów sf i fantasy. Niezliczone postaci w grach i wiele książek. Potem muzyka. Ale najpierw było uciekanie z pasją w fantastyczne uniwersa stworzone przez niezliczonych autorów. Bo rzeczywistość była albo przykra albo przerażała. Czasem jedno i drugie. Wyobraźnia to była moja droga ucieczki. Myślę, że bardzo, bardzo wielu młodych ludzi tak miało – albo podobnie. Nie jestem jakimś wyjątkiem. Ktoś ucieka bo inaczej nie potrafi i tak mu dobrze. Tak czuje. Ja uciekałem bo nie rozumieli mnie ludzie, bo miałem inne zdanie, bo koledzy się ze mnie śmiali, bo nie lubiłem piłki nożnej ani sportów, bo byłem gruby, bo nie chciałem się śmiać z tego samego co wszyscy. To dziwne… samobójstwo takie jakby już w dziecińsstwie. Niby zgon mentalny w końcu musiał nastąpić. Ale jakoś jednak się zebrałem do kupy na początku lat dwudziestych mojego istnienia… i zawalczyłem, żeby być i nie zabijać dziecięcości. No i przecież moje wewnętrzne dziecko do tej pory utrzymuje się na pewnym poziomie i walczy, żeby nie zniknąć. Mam 31 lat a czuję się wewnątrz jakbym miał 13. Zabawne… polecam wrócić do dzieciństwa i odświeżyć sobie trochę sytuacji, podejść do spraw…

Dziecko się uczy, zadaje pytania, wiadomo, że chłonie trochę bezkrytycznie, ale przynajmniej próbuje się czegoś nauczyć. Bycie dzieckiem (ale nie niemowlakiem czy coś w tym stylu – bo ja nie lubię dzieci strasznie) to fajna sprawa. Bardzo lubię serial Stranger Things. Te dzieciaki na rowerach. Lata 80′ w tym przypadku… super sprawa. Moje dzieciństwo właśnie takie jak tam przypadło na drugą połowę lat 90′. Dobrze to wspominam mimo wielu potknięć.

Warto być trochę dzieckiem. Jest łatwiej i szczerzej. A przynajmniej można wypielęgnować w sobie pewne rzeczy, które tak wielu dorosłych zabiło świadomie lub nie.

Socjalizuj 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Instagram
Follow by Email
Pinterest
LinkedIn